Proboszcz z Kukunjanu - Alfons Daudet

Proboszcz z Kukunjanu
Proboszcz z Kukunjanu - Alfons Daudet.
Przekład z francuskiego Jan Wypler.
Źródło: Goniec Śląski 1921, R. 1, nr 181-182 - Proboszcz z Kukunjanu.
Wersję cyfrową przygotował: Czesław Mnich.



     Ksiądz Marcin był proboszczem... z Kukunjanu. Dobry jak chleb, czysty jak złoto, kochał po ojcowsku swoich Kukunjanczyków; dla niego Kukunjan byłby rajem na ziemi, gdyby Kukunjanczycy dawali mu trochę więcej zadowolenia. Lecz, niestety! Pająki przędły w konfesjonale, i w piękny dzień Wielkanocny hostje pozostawały w głębi św. cymborium.

     Dobry ksiądz cierpiał z tego powodu i zawsze prosił Boga o łaskę, aby nie dać mu umrzeć przed tem, zanim nie przyprowadzi swoją rozproszoną trzodę z powrotem do owczarni. Otóż zobaczycie, że Bóg go wysłuchał.
Pewnej niedzieli, po Ewangelji, p. Marcin wszedł na ambonę. Bracia moi, rzekł on, uwierzycie mi, jeżeli zechcecie: zeszłej nocy znalazłem się ja nędzny grzesznik u drzwi raju. Zapukałem: św. Piotr mi otworzył!

- Ach! to wy jesteście, mój zacny panie Marcinie, zawołał on; jaki dobry wiatr?... i czem mogę służyć?
- Dobry św. Piotrze, ty, który trzymasz wielką księgę i klucz, czy możesz mi powiedzieć, chociaż nie jestem zbyt ciekawy, ile masz Kukunjanczyków w raju?
- Nie mogę ci niczego odmówić, panie Marcinie; siadaj, rozpatrzemy razem sprawę. I św. Piotr wziął grubą księgę, otworzył ją, włożył swoje okulary:
- Spójrzmy trochę: Kukunjan, powiadamy, Ku... Ku... Kukunjan. Znaleźliśmy. Kukunjan... Mój zacny panie Marcinie, cała strona jest biała. Ani jednej duszy... Nie więcej Kukunjanczyków jak ości w indyczce.
- Jakto! Z Kukunjan nikogo tutaj niema? Nikogo? To jest niemożliwe! Zobaczcie lepiej...
- Nikogo, święty człowieku. Spójrz sam, jeżeli myślisz, że żartuję.
Ja, o biada mi, zacząłem tupać nogami i zakładając ręce, wołałem o łaskę. Wtedy św. Piotr:
- Wierz mi panie Marcinie, nie należy tak wywracać sobie serca, gdyż możesz z tego powodu mieć jakieś złe uderzenie krwi. To nie jest twoja wina, zresztą Twoi Kukunjanczycy, widzisz, odbywają pewnie kwarantannę w czyściu.
- Ach! na miłosierdzie, wielki święty Piotrze! Uczyń tak, abym mógł przynajmniej zobaczyć ich i pocieszyć.
- Chętnie, mój przyjacielu. Otóż, włóż szybko te sandały, gdyż drogi nie są ładne zresztą... Ot tak dobrze...
Teraz idź prosto przed siebie. Czy widzisz tam w głębi na zakręcie? Znajdziesz drzwi ze srebra całe pokryte krzyżami czarnemi... na prawo... Zapukasz, otworzą ci. Do widzenia! Bądź zdrów i wesoł.

     I ja szedłem... szedłem! Jaki gościniec! Dostaję gęsiej skóry, gdy tylko o tem pomyślę. Wązka ścieżka pełna kolców, karbunkułów błyszczących i żmij syczących, doprowadziła mnie aż do drzwi ze srebra.

- Puk! Puk!
- Kto puka? spytał mnie głos chropawy i smutny.
- Proboszcz z Kukunjanu.
- Z?
- Z Kukunjanu.
- A!... Proszę.

     Wszedłem. Wielki piękny anioł o skrzydłach ciemnych jak noc, w sukni świecącej jak dzień, z kluczem dyamentowym zawieszonym na pasie, pisał kra-kra, w wielkiej księdze, grubszej niż owa świętego Piotra.

- Ostatecznie, czego chcesz, o co prosisz? - rzekł anioł.
- Piękny aniele Boży, chcę wiedzieć - jestem może bardzo ciekawy - czy masz tutaj Kukunjanczyków?
- Ku...?
- Kukunjanczyków, ludzi z Kukunjanu... albowiem jestem ich pasterzem.
- A! Ksiądz Marcin, nieprawdaż?
- Do usług, panie Aniele.
- Powiadasz więc Kukunjan...
I Anioł otwiera i przerzuca kartki swojej dużej księgi, zwilżając palec śliną, aby arkusz łatwiej się ślizgał. - Kukunjan, - rzekł on - wydając głębokie westchnienie... Panie Marcinie, my nie mamy w czyściu nikogo z Kukunjanu.
- Jezus! Marja! Józefie! Nikogo z Kukunjanu w czyściu! O wielki Boże! Gdzież oni są?
- Ej, święty człowieku, oni są w raju. Gdzież u diabła chcesz, aby oni byli?
- Ależ ja przychodzę z raju...
- Przychodzisz stamtąd!... A więc?
- A więc ich niema tam!... Ach, święta, matko aniołów!...
- Cóż chcesz, panie proboszczu!
Jeżeli oni nie są w raju, ani w czyściu, niema nic pośredniego, oni są...
- Krzyżu święty! Jezusie, synu Dawida! Aj, aj, aj! czyż to możliwe? Czyżby to było kłamstwo wielkiego świętego Piotra?... Jednak nie słyszałem, aby piał kogut!... Aj, biedni my! jakże ja pojdę do raju , jeżeli moich Kukunjaczyków tam niema?
- Posłuchaj, mój biedny panie Marcinie. skoro chcesz za wszelką cenę być pewnym tego wszystkiego i zobaczyć na własne oczy o co chodzi, idź tą ścieżką, biegniej prędko, jeśli umiesz biegać!... Znajdziesz na lewo dużą bramę. Tam dowiesz się o wszystkiem. Niech ci to Pan Bóg da! I anioł zamknął drzwi.

     To była długa ścieżka wybrukowana żarzącemi się, czerwonemi węglami. Chwiałem się, jak gdybym był pijany; na każdym kroku potykałem się; byłem cały mokry, każdy włosek mego ciała miał swoją kroplę potu, dusiłem się z pragnienia... Ale dzięki sandałom, które mi dobry święty Piotr pożyczył, nie poparzyłem sobie nóg.

     Kiedy dostatecznie potykając się narobiłem fałszywych kroków, ujrzałem na lewo drzwi... nie, bramę; olbrzymią bramę, rozwartą na oścież, jak drzwi długiego pieca. O, dzieci moje, jaki widok! Tam nie pytają o moje imię, tam niema zapisów. Tłumnie przez drzwi na oścież otwarte wchodzi się tam, bracia moi, jak wy wchodzicie w niedzielę do karczmy.

     Pociłem się dużemi kroplami, a jednak skostniałem, miałem dreszcze. Włosy stawały dęba. Czułem zapach spalenizny, pieczonego mięsa, coś jakby taki zapach, który rozchodzi się po Kukunjanie, kiedy Eloy, kowal, przypala, aby podkuć kopyto starego osła. Traciłem oddech w tem cuchnącem i rozpalonem powietrzu; słyszałem straszny wrzask, jęki, wycia, przekleństwa.

- Hej! Wchodzisz, czy nie wchodzisz, ty? - powiedział do mnie, kłując mnie swojemi widłami, djabeł rogaty.
- Ja? Ja nie wchodzę. Jestem przyjacielem Boga.
- Ty jesteś przyjacielem Boga... łajdaku parszywy, cóż ty tu robisz?...
- Przychodzę... Ach! nie mów my o tem, nie mogę się utrzymać na nogach... Przychodzę... przychodzę z daleka... pokornie cię zapytać..., czy... przypadkiem... nie masz tutaj... kogokolwiek z Kukunjanu...
- A! do pioruna! udajesz głupiego, jak kędybyś nie wiedział o tem, że cały Kukunjan jest tutaj. Oto wstrętna wrono, patrz i zobaczysz, jak my ich urządzamy, twoich sławnych Kukunjanczyków...

     I ujrzałem pośród straszliwego odmętu płomieni: Długiego Kok-Galine, - znaliście go wszyscy, bracia moi - Kok-Galine, który upijał się tak często i tak często tłukł swoją biedną Kleron. Zobaczyłem Katarinę..., tę małą żebraczkę... z zadartym nosem... która spała sama jedna w stodole... Pamiętajcie o tem moi nicponie!... Lecz dosyć już, i tak powiedziałem o tem za dużo. Zobaczyłem Pastala Palec-ze-Smoły, który robił swoją oliwę z oliwek p. Julien. Zobaczyłem Babetę, kłósiarkę, która, zbierając kłosy, aby prędzej związać snop, ściągała całą garścią ze snopów. Zobaczyłem gospodarza Grapasi, który tak dobrze smarował koło swojej taczki. I Dauphine, który tak drogo sprzedawał wodę ze swojej studni. I Tortilard, który, kiedy spotkał mię niosącego Pana Boga, zmykał drogą z czapką na głowie i z fajką w dziobie... i dumny jak Atraban... jakoby spotkał psa... I Kulo ze swą Zetą, i Jakóba i Piotra i Toni... Wzruszone, blade ze strachu audytorjum jęczało widząc w szeroko rozwartym piekle, kto ojca, kto matkę, kto babkę, kto siostrę...

- Odczuwacie dobrze, bracia moi, - podjął zacny proboszcz Marcin - odczuwacie dobrze, że to nie może tak trwać dłużej. Ja ponoszę odpowiedzialność za dusze i chcę was uratować z przepaści, dokąd wy wszyscy niebawem stoczycie się głową naprzód. Jutro rozpoczynam pracę, nie później niż jutro. I praca nie zawiedzie. Oto jak się do tego zabiorę. Aby wszystko zrobiło się dobrze, trzeba robić wszystko po porządku. Pójdziemy jeden rząd za drugiem, jak w Jonquierés, kiedy tańczą.
- Jutro poniedziałek, będę spowiadał starców i staruszki. To nic.
- Wtorek: dzieci. Z tem prędko się załatwię.
- Środa, chłopcy i dziewczęta. To może trwać długo.
- Czwartek, mężczyźni. Załatwimy prędko.
- Piątek, kobiety. Powiem: Bez opowiadań!
- Sobota, młynarz! To nie jest za dużo całego dnia dla niego samego! I jeżeli w niedzielę zakończymy, będziemy bardzo szczęśliwi.
- Widzicie, dzieci moje, kiedy zboże dojrzeje, trzeba je żąć, kiedy wino jest nalane, trzeba je wypić. Otóż dosyć brudnej bielizny, trzeba ją wyprać i dobrze ją wyprać.
- Życzę wam dostąpienia łaski. Amen.

     Co było powiedziane, zostało wykonane. Rozpoczęło się pranie. Poczynając od tej pamiętnej niedzieli woń cnót Kukunjanu daje się odczuwać na dziesięć mil naokoło. I dobry pasterz p. Marcin, szczęśliwy i pełen radości, śnił zeszłej nocy, że otoczony całą swą trzodą, kroczył wspaniałą procesją pośród płonących świec, obłoku kadzideł, które napełniały wonią powietrze, i dzieci, które chórem śpiewały „Te Deum..." po światłej drodze Bożego grodu.


             Jan Wypler

Źródło: Goniec Śląski