Szczęście - G. de Maupassant

Szczęście
Szczęście - G. de Maupassant.
Przekład z francuskiego Jan Wypler.
Źródło: Goniec Śląski 1921, R. 1, nr 191-192 - Szczęście.
Wersję cyfrową przygotował: Czesław Mnich.



     Była to godzina przed wniesieniem lamp. Willa wznosiła się nad morzem; słońce, które zaszło, pozostawiło niebo zupełnie różowe od swego przejścia, natarte złotym pyłem; i morze śródziemne bez zmarszczki, bez kędzierzawienia. gładkie, połyskujące jeszcze z powodu umierającego światła wydawało się metalową płytą polerowaną i bezmierną.

     Daleko, na prawo, góry ząbkowate rysowały swój czarny przekrój na zbledniałym purpurze zachodu. Mówiono o miłości, rozprawiano o tym starym temacie, powtarzano rzeczy, które już bardzo często wypowiedziano. Słodka melancholja zmierzchu uciszała słowa, powiewała rozczulonem w duszach, i to słowo: „miłość“, które wciąż powracało już to wypowiedzane silnym głosem mężczyzny, już to głosem kobiety o lekkim dźwięku zdawało się napełniać salonik, jak ptak tam fruwać, unosić się tam jak duch.

Czy można kochać przez parę lat?
- Tak, twierdzili jedni.
- Nie, utrzymywali drudzy.

     Rozróżniano wypadki, ustalano rozgraniczenia, cytowano przykłady i wszyscy mężczyźni i kobiety, pełni wspomnień nagle pojawiających się i niepokojących, których nie mogli cytować i które im się na usta cisnęły, wydawali się wzruszeni, i mówili o tej rzeczy powszedniej i wzniosłej, harmonji czułej i tajemniczej dwóch istot, z głębokim wzruszeniem i gorącem zainteresowaniem. Lecz nagle ktoś, którego oczy utkwione były w dal, zawołał:

- O, spójrzcie tam, co to jest?
Na morzu, w głębi horyzontu, pojawiała się masa szara, ogromna i niewyraźna. Kobiety podniosły się i patrzały, nie pojmując co to za zadziwiająca rzecz, której nigdy jeszcze nie widziały. Ktoś powiedział:

- To Korsyka! Widać ją tak dwa albo trzy razy na rok w pewnych wyjątkowych warunkach atmosfery, kiedy powietrze w zupełnej przezroczystości nie ukrywa jej przez mgły oparów wodnych, zasłaniających zawsze widnokrąg.

     Rozróżniano wierzchołki, zdawało się, że rozpoznawano śnieg szczytów. I wszyscy pozostawali zdziwieni, poruszeni, nieomal przestraszeni nagłem zjawieniem się świata, widziadłem, które wystąpiło z morza. Być może, że takie dziwne wizje miewali ci, którzy puścili się jak Kolumb przez niezbadane oceany. Wtedy pewien stary pan, który jeszcze nic nie mówił, rzekł:

- Znałem na tej wyspie, która się przed nami wznosi, wypadek stałej miłości, o jakiej mówiliśmy, znałem podziwu godny przykład stałej miłości, miłości szczęśliwej nie do uwierzenia. Oto ona.

     Pięć lat temu, kiedy podróżowałem po Korsyce. Ta wyspa jest bardziej nieznana i bardziej odległa od nas niż Ameryka, chociaż czasami ją widać z brzegów Francji, jak dzisiaj. - Wyobraźcie sobie świat jeszcze w chaosie, zawieruchę gór rozdzielanych przez wąskie parowy, w których toczą się potoki; ani jednej równiny, tylko bezmierne bałwany granitu i olbrzymie falistości ziemi, pokryte zaroślami albo wysokiemi lasami kasztanów i sosen. Jest to ziemia dziewicza, nieuprawiona, bezludna; chociaż czasami widać wieś podobną do masy skał na szczycie góry. Żadnej kultury, żadnego przemysłu, żadnej sztuki. Ńie spotyka się nigdy kawałka drzewa obrabianego, kawałka kamienia wyrzeźbionego, nigdy wspomnienia dziecinnego lub wyrafinowanego upodobania przodków dla wdzięcznych i pięknych rzeczy. To właśnie uderza najwięcej w tym wspaniałym i surowym kraju: obojętność oddziedziczona dla szukania form czarujących, które nazywają sztuką.

     Włochy, gdzie każdy pałac pełen arcydzieł, jest sam arcydziełem, gdzie marmur, drzewo, bronz, żelazo, metale i kamienie potwierdzają geniusz człowieka, gdzie najdrobniejsze rzeczy starożytne, poniewierające się po starych domach, objawiają boskie dążenie do wdzięku, są dla nas wszystkich świętą ojczyzną, którą się dlatego kocha, że ona nam pokazuje i dowodzi wysiłek, wielkość, potęgę i tryumf rozumu twórczego. I Korsyka naprzeciwko jej dzika pozostała taka, jak w pierwszych dniach. Stworzenie żyje tam w swym domu prostackim obojętne na wszystko, co nie dotyczy bezpośrednio jego istnienia, albo jego sporów rodzinnych. I pozostał z wadami i zaletami plemion niecywilizowanych, gwałtowny, złośliwy, bezwiednie srogi, ale także gościnny, szlachetny lud, oddany, naiwny, otwierający swoje drzwi przechodniom i oddający swoją wierną przyjaźń za najmniejszy znak sympatji.

     Wiec od miesiąca, błąkałem się po tej wyspie wspaniałej z uczuciem, że jestem na końcu świata. Niema wcale oberż, niema dróg. Ścieżkami dla mułów dochodzi się do tych wiosek uczepionych do urwy gór, wznoszących się nad krętemi otchłaniami, skąd słychać, jak dolatuje wieczorem nieustający szum, przytłumiony i głęboki głos strumienia. Puka się do drzwi domów. Prosi się o schronienie na noc i o coś, aby przeżyć do jutra. I siada się przy skromnym stole, i śpi się pod skromnym dachem; i ściska się rano wyciągniętą dłoń gospodarza, który was odprowadził aż do granicy wsi.

     Oto pewnego wieczoru, po dziesięciogodzinnym marszu doszedłem do małej chaty, zupełnie odosobnionej w głębi wązkiej doliny, która wpadała o milę dalej do morza. Oba spadziste stoki góry, pokryte roślinami, skałami zwalonemi i długiemi drzewami, zamykały niby dwie ponure ściany, okropnie smutny wąwóz. Koło chaty kilka winorośl, ogródek, dalej kilka kasztanów, z czego można było żyć. całe bogactwo jak na ten biedny kraj. Kobieta, która mnie przyjęła, była stara, sroga i wyjątkowo czysta. Mężczyzna siedzący na słomianem krześle, podniósł się, aby mnie przywitać, potem usiadł z powrotem, ani słowa nie mówiąc. Towarzyszka jego rzekła do mnie:

- Proszę mu wybaczyć; jest obecnie głuchy. Ma osiemdziesiąt dwa lata. Mówiła językiem francuskim z Francji. Byłem zdumiony.
Spytałem ją:
- Państwo nie jesteście z Korsyki?
- Nie; jesteśmy z kontynentu. Lecz oto od pięćdziesięciu lat mieszkamy tutaj.

     Uczucie trwogi i strachu chwyciło mnie na myśl o tych pięćdziesięciu latach upłynionych w tej ponurej dziurze, tak daleko od miasta, gdzie żyją ludzie. Przyszedł z powrotem stary pastuch i zaczęto jeść jedyną potrawę obiadową: gęstą zupę, w której gotowały się razem kartofle, słonina i kapusta.

     Kiedy krótkotrwałe jedzenie było skończone, usiadłem przed drzwiami z sercem ściśniętem melancholją ponurego krajobrazu, ogarniętym głębokim smutkiem, który czasami chwyta podróżnych podczas smutnych wieczorów w pewnych miejscowościach opuszczonych. Zdaje się, że wszystko blisko jest końca, istnienie i wszechświat. Poznaje się nagle okropną nędzę życia, odosobnienie wszystkich, nicość wszystkiego i czarną samotność serca, które się marzeniami ukołysa i okłamuje aż do śmierci. Staruszka przyszła do mnie i męczona tą ciekawością, która zawsze żyje w głębi dusz najbardziej zrezygnowanych, rzekła:

- Więc pan przybywa z Francji?
- Tak, podróżuję dla swojej zabawy.
- Pan może z Paryża?
- Nie, jestem z Nancy.

     Wydało mi się, że nadzwyczajne wzruszenie ją opanowało. Sam nie wiem, w jaki sposób to dostrzegłem albo raczej odczułem. Ona powoli powtórzyła:

- Pan jest z Nancy?
Mąż pojawił się w drzwiach, obojętny jakiemi bywają głusi.
Ciągnęła dalej:
- To nic. On nie słyszy.
Potem w kilka sekund:
- To pan zna ludzi w Nancy
- A tak, prawie wszystkich.
- Rodzinę Sainte Allaize?
- Tak, bardzo dobrze; to byli przyjaciele mego ojca.
- Jak się pan nazywa?
Powiedziałem moje nazwisko. Ona patrzyła na mnie uważnie, potem rzekła tym przyciszonym głosem, jaki budzą wspomnienia:
- Tak, tak, przypominam sobie dobrze. A co się stało z Brisemar'owami?
- A! A zna pan Sirmont'ów?
- Tak, ostatni jest generałem.

     Wtedy ona powiedziała, drżąca z wzruszenia, trwogi, nie wiem z jakiego niewyraźnego, potężnego i świętego, nie wiem, z jakiej potrzeby wyznania, wypowiedzenia wszystkiego, mówienia o rzeczach, dotąd w głębi swego serca zamkniętych i o ludziach, których nazwisko wstrząsało jej duszę.

- Tak, Henryk Sirmont. Wiem dobrze, to mój brat.

     A ja podniosłem oczy na nią zmieszany rzeczą nieoczekiwaną. I nagle przypominałem sobie. Zrobiło to ongiś wielki skandal w szlacheckiej Lotaryngji. Młoda dziewczyna, piękna i bogata, Suzanne de Sirmont, została porwana przez podoficera huzarów z pułku, którym dowodził jej ojciec.

     Był to piękny chłopak, który choć syn chłopski, ładnie nosił błękitny dolman, ów żołnierz, który uwiódł córkę swego pułkownika. Zobaczyła go. wyróżniła, niewątpliwie, pokochała wtedy, kiedy szwadrony defilowały. Ale w jaki sposób ona rozmówiła się z nim, jak oni mogli się widywać, porozumiewać się? Jak odważyła się dać mu do zrozumienia, że go kocha? Tego się nigdy nie dowiedziano. Niczego się nie domyślano, niczego nie przeczuwano. Pewnego wieczoru, kiedy żołnierz odsłużył swój czas, zniknął z nią. Szukano ich, lecz nie odnaleziono. Nie miano od niej nigdy wiadomości i uważano ją za umarłą. I znalazłem ją w ten sposób w tej nieszczęsnej dolinie. Wtedy podjąłem z swojej strony:

- Tak, dobrze sobie przypominam. Pani jest panną Suzanną.
Ona zrobiła „tak“ głową. Łzy padały jej z oczu. Wtedy pokazując mi spojrzeniem staruszka nieruchomego na progu swej rudery, powiedziała do mnie:
- To on.
I zrozumiałem, że go wciąż kochała, że na niego spoglądała swęmi oczarowanemi oczyma. Zapytałem:
- Czy pani była przynajmniej szczęśliwa?
Odpowiedziała głosem wychodzącym z serca:
- O! tak, bardzo szczęśliwa. Uczynił mnie bardzo szczęśliwą. Nigdy niczego nie żałowałam.

     Patrzyłem na nią, smutny, zdziwiony, zachwycony potęgą miłości. Ta bogata dziewczyna poszła za tym człowiekiem, tym chłopem. Stała się sama wieśniaczką. Przystosowała się do jego życia bez uroku, bez zbytku, bez wytwórności żadnego rodzaju; nagięła się do jego prostych zwyczajów. Kochała go jeszcze. Stała się żoną chłopa, w czepku, w płócienkowej spódnicy. Jadła z glinianej miski na drewnianym stole, siedząc na słomianym krześle, papkę z kapusty i kartofle z słoniną. Spała na sienniku przy jego boku.

     Nigdy o niczem nie myślała, tylko o nim! Nie żałowała ani strojów, ani materjałów, ani wykwintności, ani miękości mebli, ani perfumowanego ciepła pokoi pokrytych obiciami, ani przyjemności puchów, w które pogrążają się ciała dla odpoczynku. Nie potrzebowała nigdy nikogo oprócz niego; nie pragnęła niczego, byleby on tylko był z nią. Porzuciła życie zupełnie młoda, porzuciła świat i tych, którzy ją wychowali i kochali. Przyszła sama z nim do tego dzikiego wąwozu. I on był dla niej wszystkiem, czego się pragnie, wszystkiem, o czem się marzy, wszystkiem, czego się ciągle czeka, wszystkiem, czego się bez końca spodziewa. Zupełnie szczęściem jej życia od końca do końca.

     No, mogła by być bardziej szczęśliwą? I przez całą noc słuchając chrapliwego oddechu starego żołnierza wyciągniętego na tapczanie przy boku jej, która za nim tak daleko poszła, myślałem o tem dziwnem i prostem zdarzeniu, o tem szczęściu tak pełnem z tak małego stworzonym. I odszedłem o wschodzie słońca, uścisnąwszy rękę obydwuch starych małżonków.

     Opowiadający zamilkł. Jedna kobieta powiedziała:
- Wszystko jedno, miała ideał za łatwy, potrzeby zanadto pierwotne i wymagania zbyt proste. Mogła to być tylko głupia.
Druga powoli powiedziała:
- Cóż to szkodzi! była szczęśliwa.

     I tam na tle widnokręgu Korsyka pogrążyła się w noc, powracała powoli do morza, zacierała swoje wielkie widmo, które się zjawiło jak gdyby na to, aby opowiedzieć osobiście historję dwojga skromnych kochanków, których schroniło jej wybrzeże.


             Jan Wypler

Źródło: Goniec Śląski